Najbardziej reprezentatywna płyta najbardziej „chorego” zespołu kojarzonego z nurtem grunge.
Rok wydania: 1992
Utwory: Them Bones; Dam That River;
Rain When I Die; Sickman; Rooster; Junkhead; Dirt; God Smack; Blank?;
Hate To Feel; Angry Chair; Down In A Hole; Would?
Alice In Chains zawsze pozostawali
w cieniu Nirvany i Pearl Jam’u. Być może dlatego tak późno poznałem ich muzykę.
W każdym bądź razie odmieniła mnie ona na zawsze…
Album „Dirt” rozpoczyna utwór „Them Bones„. Jest mocny, ciężki i… dziwny, przerażająco dziwny… Czegoś takiego nie spodziewałem się po kapeli z Seattle. Przeraźliwe krzyki wokalisty przechodzą
w zawodzenie, szybki, „mięsisty” riff przyprawia o ciarki na plecach. Atmosfera się zagęszcza. Zaczyna się podróż…
Następne dzieło, „Dam That River” rozwiewa wątpliwości – mamy do czynienia z czymś wyjątkowym i oryginalnym. Jest ciężki, mocno uwydatniony bas tworzy piękne doły a wokalista dosłownie „wypruwa” z siebie dźwięki.
Szok nie mija a kolejny utwór „Rain When I Die” sprawia, że zaczynamy się zatracać w tym albumie. Wydaje się być dziełem kogoś niezdrowego na umyśle. Chory wstęp, totalnie psychodeliczny, obłędne dźwięki gitary i „jęczący” wokal. Esencja płynąca z najmroczniejszych zakamarków umysłu.
Po tym utworze możemy usłyszeć inny – „Sickman„, kolejne studium choroby. Jest on bardzo narkotyczny, toksyczny, postrzępiony, wręcz przerażający…
Jak taka muzyka mogła się zrodzić w ludzkiej głowie?
Oszołomienie nie mija nawet przy następnym utworze – „Rooster„. Piękny wstęp, mocne wejście gitar i przeszywający, brudny, szaleńczy wręcz śpiew Layne’a. Niesamowita, bardzo „obrazowa” opowieść przedstawiona oczyma żołnierza, walczącego w Wietnamie. Sugestywny klimat gęstej, wilgotnej dżugli, przeplatany strachem i tęsknotą za domem.
Następny – najcięższy, można powiedzieć – metalowy „Junkhead” opisuje świat z punktu widzenia narkomana. Przygniatające riff’y i melodia tworzą motyw schodzenia coraz niżej…
Kolejny „Dirt” to już czyste szaleństwo. Utwór porażający wybitnie „niezdrową” melodią, brudnym, dziwnym klimatem i tekstem, w którym podmiot liryczny daje wyraz swojej frustracji, która obdziera go z chęci do życia…
Następny „God Smack” jest pewnego rodzaju rozładowaniem emocji, nie wyróżnia się niczym specjalnym i daje chwilę wytchnienia w tej przypominającej narkotyczny trans podróży, którą jest ten album.
Następnie krótki przerywnik „Blank?„, po którym wchodzi „Hate To Feel„. Dziwnie powolny, „przeciągany” utwór w refrenie nabiera kolorytu, mimo iż odstaje nieco od reszty pod względem charakteru.
Kolejne „Angry Chair” to apogeum odlotu, którym jest ten album. Zaśpiewany jakby z odmiennego stanu świadomości, tworzy przed nami przerażający obraz innego, chorego świata, którego raczej nie chcielibyśmy odwiedzić. Zabiera nas w najciemniejsze zakątki duszy, na dno istnienia. Okropne, aczkolwiek cudowne dzieło.
„Down In A Hole„, czyli kolejny utwór, to już depresja całkowita. Emocjonalna, umysłowa i duchowa. Rezygnacja, pogodzenie z losem. Przepiękna, dosłownie wzruszająca do łez ballada.
Końcowe „Would?” jest genialnym zwieńczeniem tego nietuzinkowego dzieła. Napisana ku pamięci Andy’ego Wooda, wokalisty Malfunkshun i Mother Love Bone, genialnego wokalisty, którego gwiazda zgasła, nim zdążyła rozbłysnąć. Utwór niepokojący, psychodeliczny, kojarzący się z muzyką
The Doors. Zagrany z niesamowitym wręcz feeling’iem, spokojny w zwrotce, w refrenie szaleńczy
i nieokiełznany.
Album ten tak silnie działa na psychikę, że po jego przesłuchaniu ciężko dojść do siebie. Zabiera nas w niesamowitą podróż po najdalszych, najmroczniejszych zakamarkach duszy i umysłu, pozostawia po sobie niepokój i ciężkie, choć wspaniałe doświadczenia. Obcując z tym dziełem pływamy w toksycznym, gęstym, można powiedzieć błotnistym klimacie, tak mocno odczuwalnym
w muzyce tego zespołu. Cudowny, genialny głos wokalisty idealnie „oprowadza” nas po tym chorym świecie.
Jednym słowem, jest to arcydzieło. Staley śpiewa, jak gdyby stał na krawędzi życia, niczym straceniec. Jego teksty są sugestywne i przygnębiające. Reszta zespołu tworzy wokół niego neurotyczną aurę i nie pozwala się odnaleźć słuchaczowi.
Ten album całkowicie zatraca człowieka w swoim świecie, tak jak zatraceniem dla wokalisty Layne’a Staley’a były narkotyki. Jest autentyczny i to właśnie czyni go tak wartościowym.




(6 głosów, średnio: 3,67)