
27 lutego bynajmniej nie jest dniem, kiedy po 33 latach kariery muzycznej, U2 powinno złożyć mikrofony i gitary w geście poddania. To nie tytułowy „Moment Of Surrender”, a dzień, w którym ziarnko piasku przywiezione przez Bono i chłopaków z Maroka osnuło się woalką cudownego brzmienia zmieniając się w prawdziwą perłę.
Sporo czasu zajęło mi zabranie się za recenzję najnowszego krążka U2 „No Line On The Horizon”. Musiałam się z nim oswoić, ugryźć ze wszystkich możliwych stron i posmakować każdej nutki.
Nie ukrywam, że z początku poczułam rozczarowanie. Gdzie podziało się to niegdysiejsze U2, drapieżne i walczące? Singiel „Get On Your Boots” promujący płytę zapowiadał mocne, rockowe granie. Natomiast słuchając samego „No Line On The Horizon” po raz pierwszy, pomyślałam – smęty.
Moje odczucia zmieniały z dnia na dzień, kiedy nie rozstawałam się z albumem. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że ten longplay to fenomen na miarę samych Pink Floyd’ów.
Zaletą płyty jest melodia. Nie słowa, czy przesłanie, ale muzyka.
„Dla mnie miarą sukcesu jest to, jak precyzyjnie potrafię oddać melodię, którą słyszę w głowie” – mówi Bono.
Owa precyzja dźwięku na płycie urosła ponad wszelką miarę. Długie intra, łagodne przejścia między taktami oraz minimum słów, a maksimum muzyki sprawiają, że klimat krążka idzie w stronę spokojnego rocka progresywnego. Słynne bonowe „ooouoo”, zwane przez niego samego językiem bongielskim, dopełnia kunsztu i momentami trafniej oddaje uczucia niż najskrupulatniej dobrane słowa.
Już na samym początku moją uwagę przyciągnął siedmiominutowy utwór „Moment Of Surrender”. Delikatny i subtelny przeszywa na wskroś najmniej wzruszonego słuchacza. Zawodzący wokal Bono i melancholia płynąca ze słowa kazały mi zwolnić bieg i skłoniły do głębszej refleksji…
Dziewiąta z kolei pozycja na płycie, pod zmysłowym tytułem „White As Snow” to urocza, baśniowa ballada o wielowarstwowej i płynnej linii melodycznej.
Urzekający jest również drugi kawałek z albumu. Popisowa solówka gitarowa w wykonaniu genialnego samouka The Edge’a. Utwór nieskromnie zatytułowany jako „Magnificent”. Ale czy niesłusznie?
Alternatywą dla tych subtelnych i wyciszonych piosenek jest „Breathe”. Zadziorny riff gitarowy i skrzekliwy głos Bono nadaje mu niezwykły pazur.
To, czego do tej pory nie mieliśmy okazji usłyszeć na poprzednich płytach U2, to kobiecy wokal, chórki, dźwięki przyrody i instrumenty smyczkowe świetnie wkomponowane przez wprawne ucho producenta.
Poczujecie się zawiedzeni, jeśli przy „No Line On The Horizon” chcieliście sobie ponucić. To nie album, do którego można podśpiewywać a jedynie rozkoszować się delikatnym brzmieniem basów i perkusji przy ciepłym tenorze Bono.
„No Line On The Horizon” to znakomicie dograny projekt. U2 dało dowód, że po 33 latach czynnej i nieprzerwanej obecności na rynku muzycznym, wciąż potrafi czerpać z dźwięków coś nowego i zaskakującego. Chłopcy z Irlandii są jak wino – im starsi, tym lepsi.
Jednakże U2 nie byłoby sobą, gdyby nie próbowało przemycić między wierszami wyższych idei. Tym razem odnajdujemy tutaj nutkę feminizmu. Samo „Get On Your Boots” to manifest przeciwko destrukcyjnej władzy mężczyzn, którzy na przestrzeni wieków więcej zburzyli, niż udało im się zbudować.
W dźwięk słów Bono:
„Let me in the sound,
Let me in the sound,
Let me in the sound…”
pozwalam pogrążyć się w muzyce na nowo.
U2 wzniosło się ponad linię horyzontu. Co za nią słychać?

Pełna lista utworów:
1. „No Line on the Horizon”
2. „Magnificent”
3. „Moment of Surrender”
4. „Unknown Caller”
5. „I’ll Go Crazy If I Don’t Go Crazy Tonight”
6. „Get On Your Boots”
7. „Stand Up Comedy”
8. „Fez – Being Born”
9. „White as Snow”
10. „Breathe”
11.”Cedars of Lebanon”