Jak powszechnie utrzymują znawcy tematu, muzyka rockowa została poczęta i narodziła się w Stanach Zjednoczonych na przełomie lat 40. i 50. w wyniku połączenia „czarnego” bluesa, rhytm’n’bluesa, gospel oraz „białej” muzyki country. A kuzyni Jankesów – Brytyjczycy zaszczepili ją na naszym kontynencie. Tylko dlaczego oni? Inne kraje też miały niemałe zasługi na niwie niewolnictwa.
Pierwszy przykład z brzegu – Brazylia. Na plantacjach kawy i trzciny cukrowej niezliczone rzesze czarnych niewolników pracowały na rzecz swoich białych panów. Oni również w trakcie pracy intonowali stosowne pieśni. I one też były rzewne, pełne nostalgii i skargi. Znają je jednak prawie wyłącznie badacze miejscowego folkloru i kilku polskich snobów. Dlaczego żaden brazylijski właściciel firmy fonograficznej nie zbił na tym fortuny dorównującej tym jakich się dorobili jego sąsiedzi z północy?
A nasi chłopi pańszczyźniani to co? Nie wypadli wszak sroce spod ogona. Harowali co się zowie. Mieszkali również w skandalicznych warunkach mieszkaniowych oraz sanitarnych. I zostawili po sobie tańce oraz ciekawe obrzędy, ale nie wpisali się na stałe do żadnego nurtu światowej muzyki rozrywkowej.
Rodzi się więc pytanie: Czemu to właśnie Anglosasi dyktują nam czego mamy słuchać? Zacząłem szukać odpowiedzi w twórczości Stinga. Jest on bowiem dla mnie esencją USA i Wielkiej Brytanii. Gra rocka i inne gatunki muzyki wywodzące się z bluesa a przy tym jest gentlemanem w iście brytyjskim stylu.
Olśnienie przyszło nagle jak wiadomość o przecenach w hipermarkecie. Odpowiedź kryje się w piosence pt. Englishman In New York. Zaczyna się niewinnie – Nie piję kawy tylko herbatę kochanie. Zdawać by się mogło, że to tylko napoje. I przy tym zarówno kawa jak i herbata rośnie na krzewach i zawiera kofeinę. Jedna i druga używka trafia do USA i Wielkiej Brytanii dzięki ciężkiej pracy kobiet i dzieci z krajów rozwijających się. Ale spożywanie tego czy innego napoju, to część kultury danego kraju i co za tym idzie – patriotyczny obowiązek.
Jestem, jak mój tost, spieczony z jednej strony. Niby globalna wioska, a śniadanko w każdym z tych krajów wygląda inaczej. Producenci opiekaczy muszą uważać gdzie wysyłają swój towar. Tostery są bowiem zobowiązane do odpowiedniego spieczenia pieczywa i to na ustalonej z góry liczbie stron.
I pewnie usłyszysz to dzięki mojemu akcentowi. Jestem Anglikiem w Nowym Jorku. Lata i wojny mijają a oni ciągle o akcencie. Nie jest wykluczone, że dzięki ciągłemu wsłuchiwaniu się w sposób wymowy interlokutora zyskali lepszy słuch muzyczny, co z tego skoro wielu uważa ich za dziwaków.
Spójrz jak spaceruję Piątą Aleją. Przy moim boku laska. Nigdy się z nią nie rozstaję. Facet spaceruje sobie główną ulicą Nowego Yorku i eksponuję podkuty kawek drewna. Jak już wspomniałem to gentleman w każdym calu. Wyróżnia się, chociaż nikt go o to nie prosi.
Jestem obcym, jestem legalnym obcym. I tu dochodzimy do sedna zagadnienia. Taki Meksykanin czy Polak nie zajmuje się spacerami, mimo tego, że te nacje też należą do obcych. Po dwunastu godzinach pracy przy zmywaku odechciewa się przechadzek. Historia zatacza koło. Co z tego, że zniesiono niewolnictwo? Wciąż jedni spacerują, żeby inni mogli harować.
Bądź sobą niezależnie od tego, co mówią inni. I już wiadomo dlaczego tak ważny dla Anglika jest spacer po Piątej Alei z laską przy boku.
Skromność, przyzwoitość mogą prowadzić do sławy. Wystarczy nazywać się Gordon Matthew Sumer i grać w zespole „Police”, nagrać wiele świetnych rockowych kawałków. Następnie rozpocząć karierę solową i wciąż zaskakiwać słuchaczy kunsztem wykonawczym. Nic prostszego.
Czas na podsumowanie i odpowiedź na pytanie: Czemu to właśnie Anglosasi dyktują nam czego mamy słuchać? Według mnie dzieje się tak dlatego, że piją właściwe napoje, jedzą odpowiednio spieczone grzanki, potrafią zapewnić sobie ludzi, którzy będą ciężką pracować, aby umożliwić gentlemanowi spacer po ulicach Nowego Yorku.