Ci sympatyczni chłopcy z Łodzi bardzo rzadko pojawiają się w mediach, a mimo to ich koncerty gromadzą tysiące fanów. Zwykło się mówić, że doskonałość tworzenia widoczna jest tylko pierwszego dnia. Coma zadziwia swoją irracjonalnością już od 10 lat.
Roguc wraz z chłopakami, zamknięty przez 2 tygodnie w małym domku w małopolskich Jaworkach, spłodził dwupłytowy album, jakiego na polskiej scenie rockowej prawdopodobnie jeszcze nie było i długo nie będzie. Po dwóch mistrzowskich kompaktach przyszła pora na „Hipertrofię” – krążek już z nazwy wybujały.
Jestem z Comą od samego początku i przyznam, że muzycy słyną z nietuzinkowych tekstów i niekonwencjonalnych kompozycji. Zespół za pomocą dźwięku i słowa kreuje światy i przestrzenie, które sącząc się z głośnika ożywają niczym postaci książkowe u Jonathana Carrolla. Niektórych dzieła Comy być może szokują, pewne natomiast jest to, że trzeba do nich dojrzeć. W przypadku „Hipertrofii” trzeba się z nią po prostu oswoić.
Zanim zdążyłam odsłuchać płytę, moja uwagę przykuły już same tytuły. Bo cóż dla przeciętnego odbiorcy mogą oznaczać „Popołudnia bezkarnie cytrynowe”, „Nowe tereny migreny”, „Epilog ze starym prykiem”, czy bezpretensjonalne i jakże wymowne „Chrum!”? Okazuje się, że przesłuchanie krążka wcale nie ułatwiło mi zrozumienia go. Kuriozalne obrazki wpompowane w krótkie, czasem półminutowe „utwory” przeplatane licznymi onomatopejami zdają się być elementami wyrwanymi z kontekstu różnych czasoprzestrzeni i okoliczności.
Dopiero po kilkukrotnym odegraniu płyty w całości moje odczucia zmieniły się diametralnie. To dzieło przemyślane w każdym calu. Kawałki powiązane są ze sobą myślą przewodnią, skupioną na kolejnych etapach egzystencji człowieka. „Hipertrofia” ukazuje planowo życie jednostki, zaczynające się w momencie poczęcia; kolejno pojawia się szalona młodość, pierwsza miłość, burzliwe życie dorosłe pełne anomalii, aż wreszcie bohater dobiega do kresu wędrówki – starości.
Album, z założenia koncepcyjny, stanowi całość i nie powinien być słuchany fragmentarycznie. Zapis dźwięków towarzyszących gejowskiemu stosunkowi seksualnemu, czy ryk rażonego prądem prosiaka nie jest tym, czego statystyczny słuchacz oczekuje. To może zbić z tropu. Z początku te surowe materiały odebrać można za brak koncepcji, ale po zagłębieniu się w płytę odkrywamy, że jest to zabieg jak najbardziej rozważny.
Na pierwszy rzut oka, „Hipertrofia” to album bezlitośnie igrający ze słowem i kompozycją. Wymyka się spod jakichkolwiek restrykcji dobrego smaku i pławi się w absurdzie. Kontrowersyjny to mało powiedziane. „Hipertrofia” to spójna psychodelika żonglująca uczuciami.
Na końcu wywodu wypadałoby ocenić efekt pracy Comy. Jednak nie będę się silić na jakąś górnolotną krytykę, za to wyręczę się słownikiem: Hipertrofia – przerost (formy nad treścią), wybujałość (słowna), obfitość (epitetów), przesycenie (mądrościami)…
A oto pełna lista utworów:
CD1:
1. Party
2. Wola Istnienia…
3. After Party
4. Lśnienie
5. Diagnoza
6. Transfuzja
7. Przesilenie
8. Nadmiar
9. Nowe Tereny Migreny
10. Trujące Rośliny
11. Ciągi i Pociągi
12. Osobowy
13. Loty i Odloty
14. Emigracja
15. Stosunek do Służby Wojskowej
16. Zero Osiem Wojna
17. Polish Ham
18. Pożegnanie z Mistrzami
19. Chrum!
20. Świadkowie Schyłku Czasu Królestwa Wiecznych Chłopców
21. Koniec Pewnego Etapu
CD2:
1. Początek Pewnego Etapu
2. Ekhart
3. Na na na na
4. Zamęt
5. Zwalniamy
6. Widokówka
7. Przestrzeń nie-rzeczywista
8. Parapet
9. Popołudnia Bezkarnie Cytrynowe
10. Ślimak
11. Cisza i Ogień
12. Epilog ze Starym Prykiem
13. Archipelagi
14. Recykling




(19 głosów, średnio: 4,32)
25 lutego 2009 o godzinie 18:25
Brawa dla autora tego newsa, dobra robota
Przesłuchałem i wróciłem do poprzednich płyt tego zespołu. Są lepsze i już.
26 kwietnia 2009 o godzinie 09:23
„Zapis dźwięków towarzyszących gejowskiemu stosunkowi seksualnemu ” ?? Chodzi o „Stosunek do służby wojskowej” ? Ja bym raczej powiedział że przedstawiają tam swój stosunek do służby wojskowej czyli co oni tą służbę robią xD