Kyuss „Welcome to Sky Valley”

Opublikowano 11 marca 2009 przez szejok666

Epicka podróż w iście „pustynnym” klimacie

stare ale jare albumy recenzje  Kyuss Welcome to Sky Valley welcomevh2 300x292

 Rok wydania: 1994

 Utwory: Gardenia/Asteroid/Supa Scoopa  And Mighty Scoop; 100°/Space  Cadet/Demon Cleaner; Odyssey/Conan  Troutman/N.O./Whitewater; Lick Doo

    Początek lat dziewięćdziesiątych w muzyce  rockowej to, jak wiemy, świetny okres.  Ogromny sukces i popularność Nirvany  sprawiły, że media w dużym stopniu otwarły  się na ten gatunek. Zespół Cobaina przetarł  drogę całej masie nowych, niepokornych  kapel, nie tylko spod znaku grunge.
 W Wlk. Brytanii podwaliny metalu gotyckiego tworzyli Paradise Lost i spółka. W tym czasie w Palm Desert w Kalifornii powstawał, trochę w cieniu nowy odłam rocka. Pionierem był zespół Kyuss, a gatunek przybrał nazwę Stoner rock/metal.

   W roku 1993 Kyuss miał już na swoim koncie EP i dwa albumy. Jednak ich kolejne dzieło miało wznieść się na całkiem nowy poziom. Mowa o „Welcome to Sky Valley”, wydanym rok później.
   Album podzielony jest na cztery części, dając w sumie dziesięć utworów. Wkładamy płytkę
do odtwarzacza i jedziemy…
   … I na „dzień dobry” zostajemy „wyrwani z butów”. Ogromna ściana dźwięku, którą wita nas pierwsza „Gardenia” jest nie do opisania. Nisko zestrojone gitary i mocne, basowe brzmienie. Cholernie mocne, na dodatek niesamowicie surowe i „suche”. Pustynny klimat czuć tak mocno,
że prawie mamy piach w ustach. Potem robi się trochę lżej i zaczyna być lekko psychodelicznie,
by znowu pod koniec dosłownie „zmieść” słuchacza.
   W następnym „Asteroid” zaczyna się odlot. Psychodelia w stu procentach. Delikatna, prawie „kosmiczna” gra gitar, zabiera nas w cudowną podróż. Na przemian z ciężkimi riffami i częstymi zmianami tempa tworzy gęsty, narkotyczny klimat. A to dopiero praktycznie preludium.
   W „Supa Scoopa And Mighty Scoop” mamy już „jazdę” na dobre. To już „inny świat”. Pławimy się
w tym ciężkim, surowym klimacie. Wokal z dobrym, starym, rockowym „jajem”. Utwór o dość „korzennym” brzmieniu, przypomina dokonania Led Zeppelin, czy Black Sabbath. Tyle, że w dużo bardziej narkotyczno – transowym wydaniu.
   Podobnie następny „100°”. Odkrywa przed nami nowe horyzonty, nieustannie idzie do przodu. Dynamiczny, szybki i krótki.
   Wraz z „Space Cadet” robi się naprawdę magicznie. Subtelny (w porównaniu do poprzednich), akustyczny popis gitar. Zagrany z ogromnym feeling’iem  i luzem. Przestrzenne brzmienie, stonowany wokal. Utwór cudownie się rozwija i świetnie gra napięciem. Jest swego rodzaju chwilą wytchnienia
i refleksji na tym albumie. Tego nie da się opisać słowami, to trzeba usłyszeć.
   W następnym „Demon Cleaner” rzuca się w uszy ciekawe połączenie. Ciężkie, zadziwiające riffy idą w parze z wyciszonym, przeciąganym wokalem. Tworzy to mocno rozmyty, momentami dość ulotny klimat. Niby jest ciężko i mocno, a jednak udziela się nam wrażenie pewnego spokoju i zamyślenia. Oryginalnie…
   Kolejny „Odyssey” to chyba utwór zagrany z największym „ogniem” na płycie. Ostra,
rockowo-metalowa jazda z nieco rozmarzoną improwizacją i dość „zadartym” wokalem. Przy tym kawałku nie sposób wysiedzieć w miejscu.
   Potem wchodzi „Conan Troutman”, który nieco obniża loty. Wydaje się trochę wtórny i nieco monotonny. Ratuje go John Garcia, który śpiewa naprawdę dobrze i ostro. Jest także krótkim utworem, co w tym przypadku jest zaletą.
   Następny „N.O.” to tribute dla kapeli Across The River, z której repertuaru pochodzi ten utwór.
I to czuć. Utwór jest w trochę innym stylu, wyraźnie lżejszy, instrumentalnie i klimatem ustępuje autorskim kompozycjom grupy. Odstaje także od charakteru płyty. Mocno ograne i mało odkrywcze motywy obniżają jego wartość.
   Na szczęście kolejny „Whitewater” jest dziełem absolutnie genialnym. Nieziemska kanonada gitar, wraz z ciekawymi „smaczkami”, eklektyczny klimat i wokal przywołujący na myśl Stone Temple Pilots. Wszystko to kończy melancholijna improwizacja o nieco hippisowkim, acid rockowym charakterze, zagrana z niepojętym wyczuciem i napięciem. Dziwna mieszanka pozornie różnych stylów tworzy arcydzieło w każdym calu. Utwór doskonały.
   Płytę kończy króciutki utwór-żart „Lick Doo”.

   Tyle, co do poszczególnych kawałków. Płyta ta stanowi wspaniałą całość, jest spójna, odkrywcza, odważna i przede wszystkim ma duszę, żywą, rockową prawdziwą duszę. Słuchając tego albumu mamy wrażenie obcowania z czymś tętniącym życiem, na dodatek w swój charakterystyczny
i wyjątkowy sposób. Jest to surowa, aczkolwiek rozmarzona podróż po nieznanych światach
w starym, prawdziwym rockowym stylu. Miejscami mocna i ciężka, zawsze psychodeliczna,
ze wzlotami i upadkami. Wyróżnia się narkotycznym klimatem  i pomysłowością. Piaszczysty, „zakurzony” klimat są jej charakterystycznym elementem i ogromną zaletą. Jednym słowem – jest to arcydzieło, opus magnum zespołu Kyuss i jedno z największych osiągnięć gatunku.

1 punkt2 punkty3 punkty4 punkty5 punktów (2 głosów, średnio: 4,00)
Loading ... Loading ...

1 komentarz/y

  1. KKK Napisał/a:

    Mam to na kasecie i choć jest to dobry album, to aż tak mnie nie zachwyca.