Ubóstwiane przez anglików trio tym razem wzięło sobie do serca dobro ludzkości i zapragnęło ratować świat przed nieuniknioną zagładą.
1. „Uprising”
2. „Resistance”
3. „Undisclosed Desires”
4. „United States of Eurasia” (+ „Collateral Damage”)
5. „Guiding Light”
6. „Unnatural Selection”
7. „MK Ultra”
8. „I Belong to You” (+ „Mon coeur s’ouvre a ta voix”)
9. „Exogenesis: Symphony Part I (Overture)”
10. „Exogenesis: Symphony Part II (Cross Pollination)”
11. „Exogenesis: Symphony Part III (Redemption)”
Na wstępie zaznaczę, że lubię Muse, nawet bardzo, a co mi się zdarza bardzo rzadko, lubię każda płytę w ich dorobku. Muse pomimo niesłabnącej popularności nie sposób nazwać zespołem wielkim, choć swoim zachowaniem często sprawiają takie wrażenie, a jego aspiracje sięgają ponad ich możliwości. A i pewnie sami siebie uważają za geniuszy (do Oasis im trochę jeszcze brakuje). Lubię również ich magiczne koncerty i zawsze jak dotąd przymykałem oczy (a będąc dokładnym to uszy) na większość niedociągnięć i wad zespołu – a było ich całkiem sporo. Wymienię tylko tą najbardziej oczywistą: brak stylu i zrzynanie z innych zespołów, zwłaszcza z Radiohead (z drugiej strony gdyby każdy zespól zrzynał tylko z ‘Radiogłowych’ bogów to świat byłby o wiele lepszy). Głównodowodzący/wokalista/gitarzysta/lider – i jeszcze parę innych określeń – spełnia jeden niepozorny anglik, Matt Bellamy. Często sprawiający wrażenie człowieka o narcyzowej duszy, ale i wirtuozerskich umiejętnościach. Podejrzewam, że gdyby miał 4 ręce to jednocześnie grałby na gitarze i fortepianie, ale cóż poradzić, Matt pomimo całej swej ambicji jest obdarzony tylko dwiema górnymi kończynami. I jeszcze sprawa jego wokalu, który jest delikatnie mówiąc kontrowersyjny. Raz jest to zapierający dech w piersiach wokal potrafiący zapanować nad 150 tysięcznym tłumem, po czym po chwili potrafi wręcz piszczeć i przechodzić w sztuczny falset. Tak więc lubiłem w mniejszym lub większym stopniu pierwsze cztery albumy, ale przyszedł czas na numer pięć o sporo mówiącym tytułem ‘’The Resistance’’… i cala moja sympatia została wystawiona na ciężką próbę. Nagromadzenie i skumulowanie się wszystkich odpychających wad sięgnęło wręcz apogeum, a co gorsza doszły kolejne, mniej chwalebne czynniki ich twórczości.

Uprising - Pierwszy singiel na krążku należy do utworów z kategorii ”gdzieś już to słyszałem”. Śmiało mógłby znaleźć się na ‘Absolution’, tylko, że tam należałby do jednych z najgorszych piosenek. Niby wszystko przyzwoicie, ale po kilku przesłuchaniach kompletnie się nudzi. Szukając trochę informacji o tym utworze natknąłem się na artykuł w serwisie NME, który tylko utwierdził mnie w moim domysłach, ale 18(!) mniej lub bardziej podobnych piosenek to chyba jakiś rekord, który nie najlepiej świadczy o naszym trio.
The Resistance – na początek w miarę znośne klawisze i całkiem sympatyczny chórek, po czym barokowy refren i tak w kółko. Do przełknięcia.
Undisclosed Desires tym razem utwór z kategorii ”gdzie się podziała gitara Matta’, której brak mi szczególnie dokucza, ale dzięki przesterowanemu basowi i wyrazistej perkusji w powietrzu wisi Muse’owy klimat. Melodia łatwo wpada w ucho i pewnie odniesie podobny radiowy sukces jak ten okropny Supermassive Black Hole (Niestety bardzo ubolewam nad tym faktem, ale najgorszy ich utwór jest zarazem najbardziej rozpoznawalnym)
United States of Eurasia (+ Collateral Damage) – przyszedł czas na najbardziej kontrowersyjny utwór. Dla jednych świetny, dla drugich to porażka roku. Ze smutkiem przyznam, że porażką roku tego bym nie nazwał, ale bliżej mi do drugiej opcji. O ile jeszcze początek da się strawić to przejście do refrenu to już totalny plagiat, komiczna pomyłka, a wręcz tragikomedia w jednym. Panowie nie udają podszywania się pod wielkie zespoły. Freddie to chyba się w grobie przewraca. Totalny kuriozum i lepiej nie wspominajmy więcej o tym. Po co się denerwować?
Guilding Light – myśleliście ze Knights of Cydonia jest patetyczna? Po tym numerze możecie zweryfikować swoje poglądy. Cała ta wzniosła otoczka odbiera mi jakiekolwiek chęci powracania do tego kawałka. Na dodatek kolejny raz ‘Noc w Operze’ Królowej, choć trochę mniej jednoznacznie i nawet niezła solówka niczego nie ratuje.
Środkowo-końcowa część płyty to bardziej staro-Muse’owe granie:
Unnatural Selection – początek trochę odstrasza, słychać jakieś organy kościelne(?) ale później jest kilka fajnych momentów i świetny motyw gitarowy. MK Ultra – świetna gitarowa piosenka i mój potencjalny faworyt. Irytuje tylko ta elektronika, ale na końcu dostajemy jeszcze ścianę gitar, czyli ogólnie duży plus.
„I Belong to You” (+ „Mon coeur s’ouvre a ta voix”) – Kawałek, który ciężko polubić po jednym przesłuchaniu, ale naprawdę potrafi wciągnąć. Znowu eksperymenty Matta, który w środkowej części śpiewa po francusku, a całość otwiera i zamyka typowa gitarowa muzyka spod znaku Muse.
Na koniec od dawien dawna zapowiadana trzyczęściowa symfonia Exogenesis. Mimo, że nie szczególnie mi pasuje to nie zamierzam się jej czepiać, a wręcz przeciwnie doceniam cały rozmach i trud włożony w napisanie takiego dzieła. Niby lubię wszelkie eksperymenty muzyczne, ale w przypadku Muse na usta mi się tylko ciśnie ‘weź się Matt za gitarę”.
Jestem mocno rozczarowany nowym Muse i myślę, że ratowanie świata powinni zostawić swojemu rodakowi 007, ale nie uważam ich nowej produkcji za jakiś beznadziejny album. Brakuje mi jakiegoś rockowego dynamicznego killera pokroju Hysteria czy Plug In Baby. Nie mogę również zespołowi odmówić ciągłych nowych poszukiwań i eksperymentów i mimo wszystko będę w zniecierpliwieniu czekał na ich kolejny przyjazd do Polski… bo ciągle lubię Muse, nawet bardzo. 3,5/6



(5 głosów, średnio: 3,80)