Nick’a Cave’a chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Numer „Where The Wild Rose Grove” nagrany przez zespół Bad Seeds i odśpiewany z Cave’m w duecie
z Kylie Minogue jest bodajże najsłynniejszym utworem grupy, nie licząc jeszcze kilku innych, równie popularnych singli. Jednak mało kto dzisiaj pamięta, iż przed fenomenalnym sukcesem grupy Nick Cave and the Bad Seeds, istniał pierwszy zespół charyzmatycznego wokalisty – The Birthday Party, który w czasach swojej aktywności określany był mianem najbardziej mrocznego i wyzywającego zespołu początku lat 80.
Wydany w 1982 roku krążek „Junkyard” należy bez wątpienia do najlepszych z całego 9-cio albumowego dorobku grupy i stanowi nie lada gratkę dla miłośników prawdziwego „czadu” z 80. lat. Sam Cave przyznał, że podczas nagrywania albumu większość muzyków była „pod wpływem”, dlatego też krążek jest pełen „dźwięków i furii”.
I to prawda. Otwierający numer „Blast Off!” pełen jest wrzasku i wściekłości, a do tego rytmiczna perkusja i nakładające się na siebie wysokie dźwięki gitary Rowlanda Howarda powodują, że numer zbliża się stylem do klasycznego punkowego grania. Podobnie w kawałku „Dead Joe”, który jest moim zdecydowanym faworytem na tym albumie. Niezwykle szybki, z mocną perkusją, jęczącą gitarą i prawie szczekającym Nick’iem Cave’m, którego wokal rozciąga się raz do złości, a raz do szaleństwa, stanowi bez wątpienia mocniejszy punkt albumu.
Styl śpiewania Cave’a z pewnością nie jest odkrywczy, można wręcz stwierdzić, że sięga do innych „krzykaczy” w historii rock and rolla, takich jak Iggy Pop, Alan Vega, a swoją nonszalancją dorównuje nawet wielkiemu Tomowi Waitsowi. Wzorowanie się na Waitsie słychać m.in. w numerach „Several Sins” czy „The Dim Locator”, które poprzez bardziej wyrazisty wokal, stają się automatycznie spokojnymi kawałkami. Natomiast „Hamlet (Pow Pow Pow) to już wzorowanie się na Iggy & The Stooges, chociażby takim kawałku jak „Dirt” – utwór niby spokojny, melancholijny, agresywny tylko w refrenie za sprawą Cave’a, kończy się popisem muzycznym pozostałych członków zespołu, swoistą kakofonią dźwięków ledwo kontrolowanych.
Za perełkę płyty, obok wyżej wspomnianego „Dead Joe” uchodzić może numer „Kiss Me Black”, świetny i rytmiczny numer, z Barry’m Adamson’em na gitarze basowej, który na tym instrumencie zaszczyca nas grą również w drugiej wersji utworu „Dead Joe”. Zresztą nie tylko on. Wspomniany już Howard na gitarze oraz Barry Adamson na basie tworzą doskonale uzupełniający się duet, co słychać chociażby w „Kewpie doll” czy „”6” Gold Blade”. Powtarzająca się linia basu na przemian ze spokojnym pobrzękiwaniem razem pozwoliły na stworzenie doskonałych muzycznie utworów, doprawionych ostrym wokalem Cave’a.
Post punk, momentami rockabilly, a nawet surowy blues – tak w wielkim skrócie można by określić mieszankę stylów, z jakimi The Birthday Party eksperymentuje na albumie „Junkyard”. Ich granie jednak odbiega w znaczny sposób od ścisłej kategoryzacji. Wszystko razem momentami tworzy ledwo kontrolowany zgiełk, ponad którym wznosi się wokal Nick’a Cave’a, raz krzyczącego, innym razem spokojniejszego, by nas znów na chwilę zaskoczyć gardłowym szczekiem lub pełną powagą z domieszką wyczuwalnego szaleństwa.
Jednym słowem, „Junkyard” to prawie 48 minut kawałka naprawdę dobrej muzyki początku lat 80., już nie punka, ale jeszcze nie hardcore’u – coś na pograniczu, z eksperymentalnymi wstawkami. Coś dla słuchacza, który pragnie przenieść się w zbuntowane lata 80., do kameralnego, ciasnego i zadymionego klubu, by raz rzucić się w wir szalonego pogo, a raz spokojnie wsłuchiwać się w dźwięki gitar i perkusji. Dla słuchacza zbuntowanego, ale oczekującego czegoś więcej, niż tylko swoistego muzycznego łupania.



(6 głosów, średnio: 3,33)
3 lutego 2009 o godzinie 14:24
Pani redaktor,
)))
Bardzo podoba mi się ta recenzja i
zgadzam się w 100% z Pani opinią na
temat tego albumu, bo oczywiście znam go doskonale
Pozdrawiam!!!!