31.03.2009, The Sisters of Mercy, Klub Studio, Kraków

Opublikowano 02 kwietnia 2009 przez historyk17

Siostrzyczki Miłosierdzia mają w Polsce status zespołu wręcz kultowego.relacje 31.03.2009, The Sisters of Mercy, Klub Studio, Kraków sisters12 150x150Muzyka, którą grają łączy elementy rocka gotyckiego, z punkiem, muzyką elektroniczną oraz popem. Okres  ich świetności przypadł na lata 80 i pierwszą połowę lat 90. Choć z oryginalnego składu został tylko wokalista, to zawsze można od kapeli oczekiwać solidnej dawki energetyzującego grania i skłonienia publiczności  do dobrej zabawy. Nie licząc dwóch albumów kompilacyjnych, Siostry nagrały trzy dzieła: First and Last and Always (1985), Floodland (1987) i Vision Thing (1990), z których materiał prezentowany jest na koncertach aż po dzień dzisiejszy. Z reguły wzbogacany podczas występów o niepublikowane piosenki, jak i tym razem Crash and Burn.

Zespół lubi przyjeżdżać na koncerty do naszego kraju. Dotychczas Andrew i spółka zagrali 4 koncerty, w tym trzy lata temu w Krakowie. Czwarty koncert zagrali 30 marca podczas tegorocznej trasy w warszawskim klubie Stodoła. Opinie uczestników tamtego wydarzenia wyrażone na forum internetowym „Stodoły” były bardzo niepochlebne dla organizatorów, którzy nie zadbali o prawidłowe nagłośnienie sali, skutkiem czego wokal w ogóle zanikał. Pojawiły się także opinie, iż obecne występy Siostrzyczek to piąta, czy szósta liga angielskiego rocka. Szedłem pełen obaw na krakowski koncert wraz z moim przyjacielem, zresztą wielkim fanem tej kapeli. Miałem nadzieję, iż ten koncert będzie lepszy. Jednak szybko rozwiał je spotkany w Studio dawno niewidziany kolega z czasów licealnych, który zaliczył wszystkie polskie koncerty Sióstr. O warszawskim wypowiedział się, delikatnie rzecz ujmując, iż był najsłabszym jaki dotychczas widział.

Planowo koncert miał się rozpocząć o godz. 20, lecz zaczął z ponad półgodzinnym opóźnieniem. Oczekiwanie na występ umilał nam pan technik spacerując z gitarą, majstrując coś przy sprzęcie oraz pani technik popisująca się akrobatycznymi wymachami nóg i naśladowaniem Johna Travolty i Umy Thurman z pamiętnej sceny tańca w „Pulp Fiction”. Aby publiczność się nie nudziła z głośników leciała różnorodna muzyka, m.in. mój ulubiony „Iron Man” zespołu Black Sabbath. Po dłuższej chwili technicy zdecydowali się na test podkładu muzycznego nie zaprzestając równoczesnego nadawania muzyki z drugiego głośnika. Skutkiem czego z dwóch zagłuszających się wzajemnie urządzeń przez jakiś czas leciały dwie różne piosenki. Przedłużając się przygotowania stawały się irytujące, aż spośród widowni dały się słyszeć coraz głośniejsze gwizdy. Jak zauważyłem obsługa techniczna oraz zespół, gdy publiczność raczyła się piwem w barze mieli dość czasu aby wcześniej sprawdzić i przetestować sprzęt, o co nie zadbano. Ustalenie setlisty koncertu nastręcza słuchaczowi nie lada problemów i stanowi wielkie wyzwanie. Niestety podobnie jak w Warszawie nagłośnienie nie było najlepsze. Blisko sceny dźwięk był przytłumiony, słabo słyszalny. Głośnik prawokanałowy grał zdecydowanie mocniej od lewego. Co ciekawe momentami lepsze wrażenie odsłuchowe mieli uczestnicy stojący z tyłu nieopodal wyjścia z sali, gdzie akustyka była lepsza, a przez co dźwięk był klarowniejszy.

Z utworów, które rozpoznałem kapela zagrała oprócz wspomnianego Crash And Burn, Train/Detonation Boulevard, Ribbons, Alice, Flood, Lucretia my Reflection. Publiczność najlepiej bawiła się śpiewając fragmenty wielkich hitów tj. First and Last and Always, This Corrosion,  czy Dominion. W planowanej części bisowej usłyszeliśmy Vision Thing, Top Nite Out i tradycyjnie na koniec nieśmiertelną „Świątynię Miłości”. W zasadzie obyło się bez niespodzianek. Z powodu złej jakości dźwięku łatwo można było pomylić utwory. Sam pomyliłem Marian z Dominion.

Niestety zespół dał występ całkowicie z playbacku, co było zdecydowanie jego największą wadą. Gitarzyści, skądinąd znający swoje rzemiosło nie najlepiej radzili sobie w udawaniu szarpania strun. Mniej zarzucić można wokaliście, który spowity dymem mógł sobie praktycznie pozwolić na nie otwieranie ust. Kolega z liceum stwierdził, że Andrew nic nie mógł powiedzieć do mikrofonu, nawet „thank you”, gdyż mikrofon miał wyłączony. Mnie się jednak wydawało, iż powiedział do widowni „dziękuję”. Tudzież z całą pewnością w trakcie jednej z piosenek coś szeptał na ucho panu z obsługi technicznej zachęcając go zapewne do przesunięcia suwaka odpowiedzialnego za moc dźwięku, czego domagała się publiczność. Kolega słusznie zastanawiał się także czemu gitarzyści po kilka razy zmieniali gitary, czy to miało na celu pokazanie, że grają solówki ? Jeśli oprawa dźwiękowa stała na bardzo przeciętnym poziomie to oprawa wizualna była bardzo efektowna. Zmieniające się kolory i rodzaje świateł odpowiednio dobrane do utworów tworzyły bardzo dobry klimat dla granej muzyki. Dlatego też na idiotycznie skaczącego po scenie Chrisa Catalysta ubranego w kiczowate bojówki i ciemne okulary oraz z irokezem na łysej głowie mało kto zwracał uwagę.  Licznie zgromadzeni fani wypadli zdecydowanie lepiej niż sam występ zespołu. Zwłaszcza niewielka grupa stojących pod sceną śpiewała, klaskała, a niektórzy próbowali podskakiwać, cały czas zagrzewając i zachęcając muzyków, a ściślej mówiąc obsługę techniczną. Sam się dałem ponieść emocjom, gdy grany był mój ulubiony Dominion, do którego nakręcony teledysk zawsze nasuwa mi na myśl filmy o Indianie Jonesie czy Alainie Quatermainie. Mimo wszystko będąc uczestnikiem kilku już koncertów byłem świadkiem znacznie lepszej atmosfery i zabawy. Dość powiedzieć, iż stojący w szczelnie wypełnionej galerii  ludzie, jak odniosłem wrażenie kiepsko się bawili, przyglądając jakby ze znudzeniem popisom kapeli.

Przypuszczalnie gdybym nie poszedł na koncert bym tego żałował. Mój przyjaciel podzielał moją opinię. W końcu znowu odwiedziła nas legenda. Ale sam przyznał po koncercie, że miałby ochotę zobaczyć na żywo utalentowaną brytyjską piosenkarkę Lilly Allen, a zaraz po przyjściu do domu obejrzał sobie fragmenty występów LIVE Siostrzyczek z okresu swojej świetności. Też tak zrobiłem i muszę przyznać, iż krakowski koncert AD 2009 w porównaniu do tego co Siostry grały dwie dekady wcześniej wypadł bardzo blado. Może nie byłbym bardzo rozczarowany, gdyby bilet kosztował w granicach 30 zł lub występ odbywał się w ramach juwenaliów, czy podczas nocy sylwestrowej. Cena blisko 100 zł za towar, jaki otrzymaliśmy (1,5 godziny z playbacku) wydaje się być zdecydowanie za wysoka.

Data: 31 marca 2009,  godzina 20.00 (20.30)
Miejsce: Kraków, Klub Studio
Ulica: Budryka 4
Cena biletu: 95 zł w przedsprzedaży, 110 zł w dniu koncertu
Skład zespołu:
wokal: Andrew Eldritch
gitary: Ben Christo, Chris Catalyst
automat perkusyjny Dr Avalanche (laptop)

1 punkt2 punkty3 punkty4 punkty5 punktów (6 głosów, średnio: 4,17)
Loading ... Loading ...

Comments are closed.