Walczyć aż do śmierci

Opublikowano 03 lutego 2009 przez Eros


Termin „no quarter” w angielskiej terminologii militarnej oznacza bezkompromisową walkę aż do śmierci ostatniego żołnierza. Co to może mieć wspólnego z muzyką?

stare ale jare  Walczyć aż do śmierci no quarter recenzja 150x150

W liceum, w sali biologicznej wisiał olbrzymi napis: „Ten zna Polskę, kto zna parki narodowe”. Nie zamierzam oceniać słuszności tego stwierdzenia, natomiast ośmielę się powiedzieć, że ten zna rocka, kto zna Led Zeppelin. Jednak nawet tak wielki zespół, który na zawsze już zapisał się w kartach historii muzyki, a szczególnie w rozdziałach traktujących o hardrocku, musiał prędzej czy później zakończyć swoją działalność. Taka jest chyba natura tych najwybitniejszych. Jednak Robert Plant i Jimmy Page nie poddali się tak łatwo. Przez długi czas grali razem na koncertach. Po pewnym czasie zdecydowali się na zawężenie współpracy, czego efektem była niezwykła płyta. A był rok 1994.

Szukałem informacji na temat przyczyn powstania albumu No quarter. Wszędzie mówi się o tym, iż był to materiał zrealizowany na zamówienie MTV w ramach serii MTV Unplugged. Zastanawia mnie tylko, dlaczego w takim razie w niektórych kawałkach słychać mocno przesterowaną gitarę elektryczną, która na koncerty „bez prądu” nie ma wstępu. Ale o tym później.

Przejdźmy do muzyki. Kiedy wrzucimy płytkę do odtwarzacza i wciśniemy play, już po kilku sekundach zorientujemy się, że mamy do czynienia z czymś niecodziennym. Otóż, kawałek Nobody’s Fault But Mine rozpoczyna jednostajny dźwięk wydawany przez lirę korbową -  instrument kojarzony z folkiem, muzyką orientalną, ale nie z rockiem. Później sprawa staje się jasna. W tym kawałku prąd płynie tylko przez mikrofony i urządzenia nagrywające. Instrumentarium jest całkowicie akustyczne. Co otrzymujemy? Mieszankę orientu i rdzennego bluesa przyprawioną melodyjnym wokalem Planta. Smacznego!

Jednak już w następnym kawałku, w balladzie Thanku You,  wracamy do klasycznego rocka.

I tak mniej więcej wygląda cała płyta, w której przeplata się wschód z zachodem tworząc naprawdę wspaniały posiłek dla melomana.

Mnie najbardziej odpowiadają te kawałki, które nasiąknięte są dźwiękami i brzmieniami niespotykanymi w rocku. Poczynając od bardzo rytmicznego i energetyzującego Friends, przez bojowy i nieco ostrzej przyprawiony kawałek Yallah, po takie perełki jak The Battle of Evermore z cudownym orientalnym wokalem Najmy Akhtar i wspaniałą grą Page’a na mandolinie, czy Four Sticks, które już nie idzie a biegnie i ciągle jeszcze przyspiesza.

Na koniec postanowiłem sobie zostawić kawałek Kashmir. Jest to moim zdaniem jego jedna z najciekawszych interpretacji. I to nie dlatego, że mamy okazję posłuchać kolejnej niezwykłej solówki. Wyjątkowość tkwi w nastroju, który tworzą zaciągające smyczki i orientalna sekcja rytmiczna. A jeśli chodzi o solówki to są wykonywane właśnie przez skrzypka i jeszcze bardziej podkreślają klimat, który tworzony jest przez całą płytę.

Wypada teraz napisać jakieś podsumowanie. Lubię płyty niezwykłe, takie, których wytrwale szuka się po sklepach i aukcjach internetowych. Płyty, które w jakiś sposób wybijają się spoza reszty, po prostu białe kruki. Płyta No quarter z pewnością do nich należy. Jak przeczytałem, była to realizacja marzeń Roberta Planta, który zawsze chciał nagrać album w orientalnym klimacie. Trzeba przyznać, że wyszło mu to znakomicie, mimo iż większość kawałków to odgrzewane schabowe, tyle tylko że przyprawione curry i podane z masalą. W muzyce smakuje to znakomicie!

A jeśli chodzi o termin „no quarter”, to wydaje mi się że idealnie opisuje determinację muzyków Led Zeppelin. Zespół nie istnieje od 19 lat, jednak mimo to panowie nadal koncertują i tworzą. Co więcej, chodzą słuchy o reaktywacji zespołu. Czemu nie?

1 punkt2 punkty3 punkty4 punkty5 punktów (5 głosów, średnio: 4,20)
Loading ... Loading ...

Comments are closed.